Lot nad Rosją dłużył się niemiłosiernie, próby ułożenia się do snu kończyły się niepowodzeniem a na swoim fotelu nie dało się usiedzieć dłużej niż półtorej godziny. Powoli wychodziliśmy z siebie i tylko dzięki regularnym wycieczkom do sekcji bufetowej w części ogonowej airbusa udało się nam uniknąć szaleństwa ;). Sprawę komplikował fakt, że lecieliśmy na wschód i prawie połowę podróży przebyliśmy w strefie nocy mimo, że w Polsce w tym czasie było popołudnie/wieczór...a na pokładzie niemal wszyscy spali (większość pasażerów wyglądała na Japończyków a przynajmniej na azjatów).
Po dziewięciu godzinach lotu zbliżyliśmy się do wschodnich rubieży Azji i ujrzeliśmy wschód nowego dnia...na początku łagodnie podświetlił chmury by nagle uderzyć z całą mocą oślepiając tych, którzy zbyt gwałtownie unieśli zasłony swoich okien. Szkoda, że miałem okno od strony zachodniej i nie było mi dane wszystkiego zobaczyć no ale nie można mieć wszystkiego....a tym czasem wlecieliśmy nad morze i już tylko kilkusetkilometrowy pas wody dzielił nas od celu naszej podróży.
Zjadłem śniadanie (wyjątkowo smaczne) i skupiłem się na widoku za oknem wypatrując wysp ku którym zmierzaliśmy. Nagle...JEST!!! Japonia... odległa i nieosiągalna Japonia...na wyciągnięcie ręki. Powoli i metodycznie wyłaniały się nadbrzeżne wzniesienia, śródlądowe góry spowite porannymi mgłami by w końcu daleko na horyzoncie ukazała się mityczna góra Fudżi - obniżaliśmy lot i zataczaliśmy krąg w kierunku Tokio. Regularna geometria pól ryżowych (tak odmienna od europejskiego krajobrazu) i zarys rozbudowanych metropolii nie pozostawiał wątpliwości że lądujemy w Kraju Kwitnącej Wiśni.
Lądowanie przebiegło bez przeszkód, dobiliśmy do rękawa i zaczęliśmy zbierać się do wyjścia. Adam wprawiony już w wojażach po Japonii kazał nieco przyspieszyć kroku aby jak najszybciej przebić się do bramek gdzie czekała nas kontrola i odprawa paszportowa - ostatnie formalności przed postawieniem stopy na japońskiej ziemi ;). Lotnisko było klimatyzowane lecz przez szybę czuć było, że temperatura za oknem znacznie różni się od tej, którą zostawiliśmy we wrześniowej Warszawie.
Szybkim krokiem ruszyliśmy do punktu obsługowego kolei spółki JR aby wykupić dziesięciodniowy JR East Pass czyli bilet umożliwiający korzystanie ze wszystkich kolejowych środków transportu spółki JR we wschodniej Japonii (obejmuje m.in. Tokio i Niigatę). Jest to spore udogodnienie gdyż podróżowanie po Japoni szybką koleją kupując za każdym razem bilet jednorazowy jest dość drogą sprawą i na dłuższą metę nieopłacalną. Oczywiście okazało się, że mogliśmy przyoszczędzić nieco pieniędzy i kupić 4dniowy Flexible Pass bo w czasie pobytu w Niigacie nigdzie się nie ruszaliśmy ale wtedy jakoś inaczej to kalkulowaliśmy. No cóż....człowiek uczy się na błędach.
W tym samym punkcie kupiliśmy bilety na Narita Express (linia łącząca lotnisko Narita z dworcem centralnym w Tokio) i biegiem ruszyliśmy na peron gdyż pociąg miał odjechać za kilka minut. Oczywiście podziemny peron jak i same wagony były klimatyzowane więc nadal nie do końca mieliśmy świadomość co dzieję się na zewnątrz i jak bardzo jest gorąco ;)
Podróż trwała około godziny i przez ten czas z twarzą przylepioną do szyby chłonęłem widoki za oknem, które zmieniały się z prędkością 120-150km/h. To co rzuciło mi się od razu w oczy to panujący wszędzie porządek - w pociągu, na ulicach, na posesjach i jakże odmienna szata roślinna (trawy+bambusy). Trudno jednoznacznie powiedzieć, w którym miejscu minęliśmy "rogatki" Tokio bo to miasto jest tak rozległe i rozbudowane, że szacuje się, iż w całej metropolii mieszka między 22 a 28milionów ludzi - liczba dla Polaka wręcz niewyobrażalna.
Architektura mijanych osiedli była zwarta, wręcz zbita, a pojedyncze domostwa wyglądały jakby ktoś z tkanki miejskiej wyciął skalpelem pojedyncze działki pod budowę dwu- trzykondygnacyjnych domów. Elementem, który burzył spokój a zarazem stwarzał wrażenie industrializacji były wszędobylskie słupy i linie wysokiego napięcia, które przypominały splątaną pajęczynę. Nie pasowało to zupełnie do uporządkowanego obrazu Japonii, który zbudowałem sobie w głowie - ba, wydawało się że w tej plątaninie kabli panuje chaos i samowolka. Zastanawiało mnie co jest tego powodem i doszedłem do wniosku, że przyczyny mogą być dwie: twarde podłoże, w którym trudno drążyć kanały pod instalacje lub (co wydaje się bardziej prawdopodobne) trudne warunki sejsmiczne - częste wstrząsy i ruchy tektoniczne przerywałyby kable prowadzone w ziemi więc ich ciągła naprawa byłaby trudniejsza i kosztowniejsza niż naprawa linii naziemnych. Co jest bliższe prawdy nie wiem...Im bardziej zbliżaliśmy się do centrum Tokio tym zabudowa stawała się bardziej zwarta a budynki wyższe co zdecydowanie bardziej zgadzało się z moimi wyobrażeniami na temat tego miasta.