W ostatnich latach, kiedy jeszcze dość mocno siedziałem w światku akwarystycznym, kilka razy wypływał temat wyprawy do Japonii aby uczestniczyć w Nature Party a przede wszystkim odwiedzić siedzibę ADA - kultowej dla aquadesignerów firmy akwarystycznej i na własne oczy zobaczyć Nature Gallery w Niigacie. Niestety wspomniana wyprawa nigdy nie doszła do skutku i zawsze pozostawała w sferze marzeń, zawsze znalazł się powód aby nie jechać....nie ma co daleko szukać - najczęściej był to powód czysto przyziemny - po prostu wolałem wydać pieniądze na coś co przyda mi się w życiu a nie na coś ulotnego. Zawsze byłem praktyczny i kalkulowałem większość swoich posunięć więc wyjazd do Japonii, chociaż nie wiem jak niesamowity mógł się wtedy wydawać, był drogą zachcianką na granicy absurdu. Cóż....światopogląd się zmienia...życie to nie tylko kalkulacja i czasami trzeba też coś z niego wziąć bo może pewnego sędziwego dnia siedząc w bujanym fotelu z siwymi włosami na głowie dojdziemy do wniosku, że nie wykorzystaliśmy szansy aby spełnić swoje marzenia a wtedy pozostanie nam jedynie gorzko zapłakać....

Na przełomie wiosny i lata 2011 temat wyjazdu do Japonii wypłynął ponownie za sprawą mojego kolegi Adama Paszczeli, który nie po raz pierwszy zaczął mnie namawiać na wyjazd snując wspaniałe wizje kraju samurajów. Jak zwykle kręciłem nosem i kalkulowałem wszystkie plusy i minusy ale po raz pierwszy poważnie zacząłem zastanawiać się nad tym tematem bo być może był to ostatni moment w życiu aby coś takiego zrobić.

W 2010 planowałem jechać w Himalaje ale niestety projekt nie wypalił więc w pewien sposób byłem "głodny wrażeń", chciałem pojechać w jakieś egzotyczne miejsce, gdzieś gdzie być może nigdy więcej nie pojadę. Na pewno spore obawy budziła odległość Japonii od Polski....dotychczas moje zagraniczne eskapady ograniczały się do Słowacji i Niemiec (nigdy nie ciągnęło mnie do popularnego Egiptu, Turcji czy Grecji) a moja stopa nigdy nie oderwała się od ziemi na dłużej niż kilka sekund. To miał być mój pierwszy lot samolotem a do tego na drugi koniec świata więc naturą rzeczy trochę się bałem.... "Raz kozie śmierć" ;) - w połowie lipca po długich rozmyślaniach postanowiłem pojechać.

Zaczął się czas przygotowań.....co zabrać? czy zdążę wyrobić paszport? jaki będzie kurs jena? czy aparat mnie nie zawiedzie? ile kart pamięci wziąć ze sobą? co oprócz galerii zwiedzić w Kraju Kwitnącej Wiśni? I wreszcie najważniejsze...co ja zrobię bez mojej ukochanej kobiety przy boku? ;). Mnóstwo pytań i rzeczy do zrobienia a czasu niewiele bo wyjazd był zaplanowany na początek września więc trzeba było podgonić projekty w biurze aby ludzie mieli co robić podczas mojej nieobecności. Krótko mówiąc ostatnie 2tygodnie przed odlotem spędziłem na intensywnej pracy.

13 września spakowałem walizkę i plecak, przytuliłem dziewczynę na dobranoc i położyłem się spać z głową pełną myśli... ale sen nie chciał nadejść. Nie pamiętam kiedy zasnąłem - zresztą czy to takie ważne? Ważne, że budzik zadzwonił o 4:15 sygnalizując godzinę "zero" - trzeba było szybko się umyć, ubrać, wrzucić coś do żołądka i ruszyć na lotnisko....

Kilka minut po piątej spotkaliśmy się z Adamem na Okęciu. Szybki rzut oka na tablicę odlotów i ruszyliśmy wzdłuż terminalu ku odprawie paszportowej gdzie dostaliśmy karty pokładowe i zdaliśmy główny bagaż (jak się później okazało - bardzo dobrze że wziąłem dużą walizkę ;) ). Ostatni całus od Eli i ruszyliśmy przez bramki ku "dokom" gdzie czekał już zaparkowany Air France Airbus A320. Nie było już odwrotu, o 7:15 samolot zaczął kołować, cel: port lotniczy Charles de Gaulle w Paryżu...

Lot minął dość szybko, obyło się bez niespodzianek i około dziewiątej wylądowaliśmy w Paryżu. Muszę przyznać, że latanie samolotem to dość przyjemny sposób podróżowania a ponieważ nigdy nie było okazji latać więc wszystkie aspekty były dla mnie interesujące - szczególnie uczucie podchodzącego do gardła żołądka podczas odrywania się od ziemi ;) i przepiękny widok sponad chmur.

 

 

 

Lotnisko de Gaulla to przeogromny obiekt i nie będzie przesadą gdy napiszę, że całe Okęcie spokojnie zmieściłoby się w jednym terminalu paryskiego portu lotniczego....a takich terminali są trzy. Niestety ten ogrom wiąże się z pewnymi niedogodnościami w postaci ogromnych odległości, które trzeba pokonać aby dostać się z punktu A do punktu B. Do Tokio odlatywaliśmy za 3h więc nie trzeba było się śpieszyć - ten czas spędziliśmy na drobnych zakupach w strefie bezcłowej i na rozprostowywaniu kości po locie w wąskim kadłubie A320. Na szczęście nasz kolejny środek transportu miał być wyjątkowy - perełka współczesnego lotnictwa i największy pasażerski samolot świata - airbus A380. Do tej pory widziałem go jedynie w TV i na zdjęciach ale na żywo jego ogrom wręcz powala...inne samoloty (może za wyjątkiem Jumbo 747) wyglądają przy nim jak zabawki ;). Nic dziwnego, że A380 wzbudził zainteresowanie pasażerów w poczekalni, którzy zaczęli go intensywnie fotografować. Ja również skorzystałem z chwili wolnego czasu aby zrobić kilka zdjęć bo taka okazja zapewne zbyt szybko się nie powtórzy.

Tuż po 12stej ruszyliśmy przez ostatnią bramkę prosto do brzucha tego kolosa, zasiedliśmy w fotelach, zapieliśmy pasy i czekaliśmy - przed nami był żmudny dwunasto godzinny lot nad Skandynawią i północną Rosją. Samolot gładko oderwał się od pasa startowego, nabrał wysokości i skierował się nad Niderlandy - następny przystanek: Narita Airport. Lecieliśmy do Japonii....

c.d.n.....

 

 

Copyright by Norbert Sabat. All rights reserved.