Na przełomie wiosny i lata 2011 temat wyjazdu do Japonii wypłynął ponownie za sprawą mojego kolegi Adama Paszczeli, który nie po raz pierwszy zaczął mnie namawiać na wyjazd snując wspaniałe wizje kraju samurajów. Jak zwykle kręciłem nosem i kalkulowałem wszystkie plusy i minusy ale po raz pierwszy poważnie zacząłem zastanawiać się nad tym tematem bo być może był to ostatni moment w życiu aby coś takiego zrobić.
W 2010 planowałem jechać w Himalaje ale niestety projekt nie wypalił więc w pewien sposób byłem "głodny wrażeń", chciałem pojechać w jakieś egzotyczne miejsce, gdzieś gdzie być może nigdy więcej nie pojadę. Na pewno spore obawy budziła odległość Japonii od Polski....dotychczas moje zagraniczne eskapady ograniczały się do Słowacji i Niemiec (nigdy nie ciągnęło mnie do popularnego Egiptu, Turcji czy Grecji) a moja stopa nigdy nie oderwała się od ziemi na dłużej niż kilka sekund. To miał być mój pierwszy lot samolotem a do tego na drugi koniec świata więc naturą rzeczy trochę się bałem.... "Raz kozie śmierć" ;) - w połowie lipca po długich rozmyślaniach postanowiłem pojechać.
Zaczął się czas przygotowań.....co zabrać? czy zdążę wyrobić paszport? jaki będzie kurs jena? czy aparat mnie nie zawiedzie? ile kart pamięci wziąć ze sobą? co oprócz galerii zwiedzić w Kraju Kwitnącej Wiśni? I wreszcie najważniejsze...co ja zrobię bez mojej ukochanej kobiety przy boku? ;). Mnóstwo pytań i rzeczy do zrobienia a czasu niewiele bo wyjazd był zaplanowany na początek września więc trzeba było podgonić projekty w biurze aby ludzie mieli co robić podczas mojej nieobecności. Krótko mówiąc ostatnie 2tygodnie przed odlotem spędziłem na intensywnej pracy.
13 września spakowałem walizkę i plecak, przytuliłem dziewczynę na dobranoc i położyłem się spać z głową pełną myśli... ale sen nie chciał nadejść. Nie pamiętam kiedy zasnąłem - zresztą czy to takie ważne? Ważne, że budzik zadzwonił o 4:15 sygnalizując godzinę "zero" - trzeba było szybko się umyć, ubrać, wrzucić coś do żołądka i ruszyć na lotnisko....